Epicki, magiczny, wymykający się wszelkim zdroworozsądkowym prawidłom - tak wyglądał ubiegłoroczny finał Igi Świątek w Wimbledonie, w którym oczarowała cały tenisowy świat, rozbijając w pył 6:0, 6:0 Amandę Anisimovą, która płakała jak bóbr. Teraz do Londynu przyjechała zawodniczka w zupełnie innym momencie kariery, w tym roku nie dotarła do żadnego finału, a przywilej powrotu na magiczną trawę wiązał się także z dodatkową presją. Niestety znów oglądaliśmy Igę w niewytłumaczalnych przestojach.