Marta jest w domu zupełnie sama. Przy śniadaniu pani Holdsworth powiedziała, że druga dziewczyna przyjedzie przed kolacją. W połowie listopada ranki są pochmurne; Marta zapala lampę, bo jej wolno. Kiedy niesie ją z pokoju do pokoju, lampa trzepocze i skwierczy, a ona poznaje rozkład domu — czy też domku, jak nazywa go pani Holdsworth, choć niewiele w nim wiejskiej skromności. Pokoje są duże, wysokie i widne. Schody mają gładką, orzechową balustradę.